czwartek, 6 sierpnia 2020

Buszując w zbożu :)

Witajcie Kochani! Tydzień zaczął się deszczowo, ale na szczęście po kilku dniach słonko wróciło i znów mogę cieszyć się z naszych rowerowych wycieczek :). Wakacje trwają w najlepsze, chociaż pomalutku przestawiam się na wrzesień i początek roku szkolnego. Ciągle zastanawiam się jak to będzie...  

Kilka postów wcześniej pisałam Wam, że mknąc jednośladem mijam niezwykle malownicze krajobrazy Pojezierza Gnieźnieńskiego. Oprócz jezior są to wsie, lasy, łąki i pola. To właśnie te ostatnie kradną mi serce. Nie ma piękniejszego, sielskiego, spokojnego widoku niż złote kłosy zbóż o zachodzie słońca. Nie wspomnę już o zapachu! Kiedy byłam mała robiliśmy z przyjaciółmi w zbożu bazy i ciągle w nim buszowaliśmy :)). Oczywiście trzeba było uważać - perspektywa spotkania wściekłego gospodarza nie była miła. To piękne, pełne dziecięcej radości chwile, a na ich wspomnienie ciągle się uśmiecham. Do dnia dzisiejszego kocham zboże! Ostatnio jak jechałam z mamcią rowerem na chwile zatrzymałyśmy się odpocząć, a ja położyłam się w kłosach żyta. Mam zdjęcie pamiątkowe, ale już oszczędzę Wam tego widoku :))). Za to moją szkatułkę po prostu musiałam obfotografować :)). Dlatego dziś będzie dużo zdjęć, nie mogłam zdecydować się, które wybrać :)).



Szkatułka to klasyczny decoupage. Pomalowałam ją farbami akrylowymi, zrobiłam przecierki, pocieniowałam białą farbą metodą suchego pędzla oraz dodałam szablon :). Wieczko zdobi serwetka z polnymi kwiatami, którą delikatnie ozdobiłam w prawym górnym rogu również szablonem.





Bardzo zależało mi aby uzyskać nie tylko sielski efekt, ale również nadać szkatułce klimat kojarzący się z latem, zbożem, beztroską.


Wakacje to czas na odpoczynek z książką w ręku więc nie mogło zabraknąć zakładki, oczywiście tworzącej ze szkatułką komplet :).





Uwielbiam przyrodę jako tło do robienia zdjęć robótek. Nawet jeśli nie jest idealnie to te fotografie zawsze niosą ze sobą miłe wspomnienia i przywołują wspaniałe chwile spędzone na odkrywaniu tego czego na codzień nie dostrzegamy lub po prostu nie mamy czasu, aby to zauważyć. I wiecie co Kochani... chociaż w tym roku są to moje bezwyjazdowe wakacje to już dziś śmiało mogę stwierdzić, że należą do jednych z najbardziej udanych, z ogromną ilością śmiechu, radości, wspólnych przygód z bliskimi i odkrywaniu na nowo rzeczy tak oczywistych, że aż wstyd pisać jakich :).

Tak niewiele nam do szczęścia potrzeba... szkoda, że czasami o tym zapominamy...



Trzymajcie się zdrowo, spoglądajcie ku słońcu i pomimo ciężkich dni nie traćcie wiary i uśmiechu :).

Justyna



niedziela, 2 sierpnia 2020

Skarpetkowy Cosiek

Witajcie Kochani! Na początku bardzo dziękuję Wam za miłe komentarze tutaj jak i na FB pod moim ostatnim nieco luźniejszym, wakacyjnym ziołowym wpisem :))). Czas wrócić do rzeczywistości, wianek już zasuszony, a dziś z ogromną przyjemnością pokażę Wam Kochani skarpetkowego Cośka :)). Pozostaniemy jednak dalej w letnim, delikatnym i nieco sennym klimacie. Mój błogi, rozleniwiony stan nadal trwa i nie walczę już z nim - w końcu są wakacje :)).


Moi bliscy twierdzą, że jest to zajączek, ale dla mnie to nie takie oczywiste więc zwie się Cosiek :)).  Uszyłam go z trzech różnych skarpet w odcieniach dusty rose i jednej białej  :)). Szyjąc główkę, a przede wszystkim oczy inspirowałam się pracami chińskich rękodzielniczek, oczywiście tych od skarpet :))).


Skarpetkowe uszy, obowiązkowo duże,



kokardki, kwiatuszki


i wypięta pupcia :))). Tak właśnie wyobrażałam sobie śpiącego Cośka :)).


I na koniec jeszcze jedno zdjęcie mojego skarpeciaka odpoczywającego w ogrodzie wśród hortensji :).


Kolor, w jakim Cośka uszyłam nie jest przypadkowy :). W Szufladzie ruszyło kolejne wakacyjne wyzwanie, którego motywem przewodnim jest właśnie Dusty Rose (TUTAJ). To piękny, delikatny, romantyczny odcień różu - idealny na letnie dni i robótki :).

Zaglądając do Szuflady możecie zobaczyć jeszcze jedną moją inspiracyjną pracę. To śpiący aniołek wykonany z białej masy samoutwardzalnej. Dół, czyli spódnica przypomina mi troszkę gruzińską potrawę chinkali, zresztą jedną z naszych ulubionych, ale nie był to efekt celowy :)).


Masa samoutwardzalna od bardzo dawna mnie intrygowała. Widziałam, że używana jest do zdobienia prac decu i mix mediowych, głównie poprzez odciski z foremek. Zakupiłam jedno opakowanie i jak to ja musiałam zrobić po swojemu :)).  Doszłam do wniosku, że skoro nadaje się do silikonowych foremek to można spróbowac z niej samemu coś zrobić. I tak oto powstał powyższy anioł :).  Po ulepieniu wyglądał tak:


Malowałam go farbami akrylowymi, ale nie ukrywam był to koszmar. Trzeba naprawdę dokładnie pokryć powierzchnie, ponieważ nawet maleńkie niedociągnięcie i widać śnieżnobiałą, rzucającą się w oczy kropkę. 



Masa samoutwardzalna nie należy do najtańszych więc zapewne częściej sięgnę po moją kochaną masę solną, chociaż któż to wie jak to ostatecznie będzie - twórcza, niespokojna kobieca dusza zmienną jest :))).



Kochani życzę Wam miłej niedzieli i przede wszystkim bezpiecznych, zdrowych wakacji :). 
Uważajcie na siebie!  
                


  Do następnego spotkania :)). 


Justyna



poniedziałek, 27 lipca 2020

Letnie rozleniwienie i wrotyczowy urok :)

Witajcie Kochani po tygodniowej przerwie :))! Dla mnie to jak wieczność :). Stęskniłam się za Wami bardzo, ale nie ukrywam, że mamy prawie środek wakacji a ja totalnie rozleniwiłam się :))). Malutko robótkuję, chociaż tęsknie już za szyciem skarpeciaków... Nadal kończę kilka zaczętych prac, troszkę haftuje i robię szydełkowe aniołki już z myślą o Bożym Narodzeniu :))). Winowajcą mojego stanu jest piękna, słoneczna aura, a także wielka (druga po skarpetkach) miłość - ROWER 💗. Kocham wszelką aktywność na świeżym powietrzu, a jazda na rowerze to moje hobby numer jeden! Codziennie mknę swoim jednośladem wśród malowniczych pól, łąk, lasów, wsi i jezior. Czasami i dwa razy dziennie - rano wraz ze wschodem słońca i wieczorem by podziwiać jego zachód :)). Ilość kilometrów waha się w granicach do 13 do 36, i zależy od tego, w jakim składzie jedziemy :)). Najdalej mogę przejechać w towarzystwie starszego syna i mojej mamci, która, chociaż ma 66 lat to bez problemu pokonuje 24 km. Ta symboliczna „13” to nasze wycieczki z młodszym synkiem :).


W międzyczasie dalej odpoczywam w maminym ogrodzie wśród pięknych roślin z szydełkiem w ręku :)). Ładuję baterie na sezon jesienno - zimowy :). Ostatnio jadąc rowerkiem między polami, łąkami i jeziorami zauważyłam, że rośnie bardzo dużo wrotycza. Spontanicznie zrodził się pomysł, aby nazbierać go i zapleść wianek :). Ostatni raz wianki plotłam chyba z 20 lat temu.  Zabawa była przednia, ale ile bałaganu przy tym i sprzątania!!


Na początku wianek wyglądał tak, ale dokładałam stopniowo kolejnych kwiatów, dzięki czemu stał się pełniejszy. Niestety nie miałam drucika florystycznego więc wspomogłam się kordonkiem :).


Wrotycz pospolity to zioło, które ma różnorodne zastosowanie. Nie można jednak go spożywać doustnie, ponieważ zawiera niebezpieczną, toksyczną dla naszego zdrowia substancję tujon, ale jako dekoracja i mazidło jest idealny :). Jego woń odstrasza komary, kleszcze, muchy i inne robale :).



Plecenie wianków to świetna zabawa więc zachęcam Was Kochani do tego :)). Można poczuć się jak mała dziewczynka w kwiatowej krainie :).


Mój wrotyczowy wianek jest duży, bardzo ciężki, ale co tam na głowę można go raz założyć, zanim na drzwiach zawiśnie :))). Jedni robią sobie fotki w wiankach lawendowych, inni z polnych kwiatów, a ja na chwilę stałam się ziołową, wrotyczową dziewczyną :))). Zdjęcie autorstwa starszego synka, z kategorii no make-up, naturalnie, z nutką zmęczenia lub zamyślenia :))).


Kochani żegnam się z Wami wrotyczowym zapachem i życzę Wam pięknego, słonecznego letniego tygodnia :))). Dziękuję za Waszą obecność i tyle miłych komentarzy :). 

Do następnego, już skarpetkowego spotkania :))

Justyna