Witajcie Kochani! Ostatnio wzięło mnie na sentymentalne, twórcze wspomnienia oraz rozważania więc dzisiejszy post również taki będzie, a dedykuje go przede wszystkim tym, którzy wątpią w swoje twórcze siły i często poddają się. Oto dłuższa historia, moja historia miłości do szycia ze skarpetek...
Są takie prace, które najchętniej schowalibyśmy głęboko do szuflady i nigdy nie pokazywali NIKOMU. Bo są dla nas brzydkie, nierówne, niedoskonałe, nie wspomnę już o beznadziejnych zdjęciach. I rzeczywiście przeglądając zdjęcia, chociażby na Instagramie można złapać doła. Ale stop!!! Zakaz wchodzenia na Instagram, zakaz porównywania się z innym! W zamian za to odkryjmy piękno w brzydocie, chłońmy wiedzę, inspirujmy się, wyciągajmy wnioski, ćwiczmy, próbujmy, kombinujmy, a przede wszystkim odkryjmy ogromną radość tworzenia! Nie wyszło, trudno. Wyjdzie za 4, 10, 100 razem! Niezależnie czego podejmujemy się wszystko wymaga czasu, praktyki, pasji, poświęcenia, doświadczenia.
W tym roku, właśnie wiosną minęło dwa lata odkąd uszyłam pierwsze skarpeciaki. Obliczyłam, że przez ten czas uszyłam ponad 200 różnych skarpetkowych zabawek, a były to zające, węże, misie, myszy, koty, potworki, lalki, elfy, anioły, motyle, bałwany, Mikołaje, breloki, kukiełki. nawet nie wiem czy czegoś nie pominęłam tyle tego było. Zniszczyłam setki skarpet bo nie zawsze wyszło, zużyłam kilometry nici i niezliczoną ilość wypełnienia. Szyłam już zanim zacząłem pisać bloga więc nie wszystkie prace mam udokumentowane. Ale ostatnio robiąc porządki na dysku ze zdjęciami odkryłam moje "perełki". Jedne z pierwszych skarpeciaków jakie stworzyłam. I postanowiłam Wam pokazać. Oto pierwsze skarpeciaki w moim życiu - zające. Dobrze przeczytaliście Kochani, jako pierwsze uszyłam zajączki, lalki były później 😊.

W sumie to zaczęłam szyć przez przypadek. Przed Wielkanocą szukałam inspiracji na pracę plastyczną do przedszkola mojego młodszego syna. Nie miałam pomysłu co zrobić i jak - wiedziałam tylko jedno: miał to być ZAJĄC. Przeszukując internet, przeglądając mnóstwo stron, zupełnie przypadkiem zobaczyłam zające wykonane ze skarpetek. Nie ukrywam, że bardzo mnie to zaciekawiło. Pomyślałam "Wow! Czegoś takiego nie robiłam". Od pomysłu do realizacji minęły dwa dni.
Pamiętam jak dziś - to niesamowite uczucie kiedy ze zwykłej skarpetki wyłoniła się zabawka!! Coś niesamowitego. Wpadłam w jakiś szał szycia. W obieg poszły kolejne skarpety, wtedy jeszcze stare. Prosiłam dzieci by przymierzały kolejne pary i która była już za mała zaraz brałam ją do ćwiczeń.
I choć wtedy nikt z moich bliskich nie brał na poważnie rodzącej się we mnie pasji, to mi było ciągle mało, czułam niedosyt, chciałam stworzyć ze skarpet coś niezwykłego, coś co przełamie schematy i pozwoli wyrazić mi swoje emocje, piękno i romantyczną duszę. LALKA!!!! To było to magiczne słowo pojawiające się w mojej głowie! LALKA- uszyję lalkę. Wzięłam już nową, zakupioną parę skarpet młodszego syna i zaczęłam szyć. Szyło się okropnie, paskudnie, ale emocje były tak silne i wspaniałe, że szyłam dalej. I wyłoniła się ona - moja pierwsza skarpetkowa lalka 😍.

Wzbudziła we mnie tyle emocji, że aż łzy mi stanęły w oczach ze szczęścia - bo dałam radę, bo zwykłym skarpetom nadałam innego sensu, tchnęłam w nie "życie". I choć bliscy nadal uważali, że to takie chwilowe, że mi minie itd. to ja już wiedziałam, że ta jedna, malutka laleczka z włoskami z muliny rozpoczęła prawdziwe szaleństwo, narodziła się pasja, która z każdym dniem stawała się coraz silniejsza. Rosła w siłę, a wraz z nią i ja. Druga lalka wyglądała tak:
Szyłam ich dużo, codziennie, dla siebie. Małymi krokami zdobywałam doświadczenie, odkryłam kulkę silikonową (wcześniej lalki wypełniałam watą), wyciągałam wnioski z błędów konstrukcyjnych, kombinowałam, szukałam nowych rozwiązań. Czułam się jak wynalazca siedzący nad nowym projektem. I choć wielu osobom z mojego otoczenia lalki podobały się, mi ciągle coś w nich "nie grało". Wiele nocy nie przespałam kombinując. Aż przyszedł ten moment, eureka i powstały pierwsze trzy lalki w wersji ulepszonej:
Zdecydowałam się pokazać je na jednej z grup rękodzielniczych. W przeciągu trzech godzin zdobyły 567 serduszek i łapek w górę 😊. Z każdą godziną ta liczba wzrastała, a wraz z nią moje serce. Choć wiele osób nie wierzyło iż są ze skarpetek (to zdarza się do dziś).
Dla mnie to był przełom w ich szyciu. Opracowałam swój własny patent i ciągle go doszkalam, ciągle kombinuje i ciągle szukam nowych rozwiązań. I choć kocham to co robię to dla zachowania równowagi psychicznej czasami odpoczywam od szycia 😁. Jak ognia boje się twórczej rutyny i słowa "muszę zrobić". W pasji nic nie muszę, tylko CHCĘ! To ma nam sprawiać przede wszystkim radość - radość tworzenia!

Moi Drodzy, pokonałam długą, trudną i krętą twórczą drogę. Nie było łatwo, czasami zdarzało się że ktoś się podśmiewał z mojej skarpetkowej pasji. Ale wiecie co, nie przejmowałam się tym i wy też nie przejmujcie się jeśli takie sytuacje się zdarzą. Na co dzień musimy być odpowiedzialnymi, dojrzałymi, rozsądnymi dorosłymi więc w swoich pasjach puśćmy wodze fantazji, odprężmy się, odkryjmy dziecięcą radość. Nigdy nie poddawajcie się, nie porównujcie się z innymi. Twórzcie i czerpcie z tego radość, a i otoczenie to zauważy. Kombinujcie i nie bójcie się eksperymentować bo dzięki temu zdobędziecie doświadczenie, a Wasz warsztat ulepszy się. W chwili zwątpienia pomyślcie o moich pierwszych, koślawych skarpeciakach i o tym, że nie jesteście sami. Kiedyś trzeba zacząć, a początki są zawsze trudne. W końcu "nie od razu Rzym zbudowano"....

Mam również piękne wspomnienie i ciągle przybywają nowe. Pamiętam jak w
Klubie Twórczych Mam było wyzwanie Gościnnej Projektantki
"Mieszkańcy Łąki". Przez cały dzień biłam się z myślami, czy zgłosić mojego motylka czy nie, aż w końcu zgłosiłam. To był mój debiut w blogowych zabawach. Mój motylek wygrał 😊. To był on :
Uwierzcie mi, ale pierwsze co zrobiłam to zadzwoniłam do mamy i męża, a przez łzy szczęścia powiedziałam "wygrałam, mój motylek wygrał". Radości nie było końca! Potem wzięłam go delikatnie do ręki, pocałowałam i powiedziałam do niego "Kochany dałeś radę, dałeś radę! Jesteś piękny. Kocham Cię". Ten motylek stoi cały czas na honorowym miejscu i jest moim twórczym talizmanem. Kilka osób chciało go ode mnie odkupić, ale on nie jest na sprzedaż i nigdy nie będzie. W chwilach zwątpienia przypomina mi, że warto - warto mieć pasję, próbować i nie bać się. Ta wygrana dała mi powera i siłę, że te moje skarpetkowe tworki mogą się podobać i warto pokazywać je światu.
Mijały dni, miesiące, teraz już lata, a lalek przybywało i przybywać będzie. Uzależniłam się od ich szycia i jak już pisałam we wcześniejszym poście są dla mnie czymś więcej niż tylko "lalką". Cieszę się, że cząstką mojego świata mogę dzielić się, tutaj na blogu, z Wami i przenieść Was choć na chwilę w beztroski świat moich lalek, gdzie nie ma smutku, konfliktów, złości, nienawiści i ciemności.
Pamiętajcie odkryjcie w sobie pasję i nie przejmujcie się co inni na ten temat myślą. Nie musimy być kolejnymi klonami, bo ten szalony świat wciąż potrzebuje oryginałów...
A Wy pamiętacie początki swoich pasji?
Ściskam Was mocno i życzę udanego weekendu!
Justyna
PS. W następnym poście pokażę Wam efekty mojej wspaniałej Wymianki z Alinką "Aliwero" - niezwykle utalentowaną, wspaniałą, o wielkim sercu Rękodzielniczką 😊.